O autorze
W Polsce przez 6 lat wymyślałem reklamy dla takich brandów jak Skoda, Lech, Heyah, Tui, Nivea, Lipton i Canal+. Po samochodowych wakacjach w Skandynawii zamarzyło mi się, żeby mieć w ogródku fjord i nie potrafiłem pozbyć się tego marzenia dostatecznie szybko. Od trzech lat mieszkam w Norwegii, w Hammerfest - najdalej na północ wysuniętym mieście świata - gdzie prowadzę firmę Fast Forward, produkującą zdjęcia i filmy reklamowe. Efekty mojej pracy można oglądać na blogu, a także tutaj: www.fastforwardnorge.no

Zarobki sąsiada poznam w internecie - czyli o pieniądzach i biznesie w Norwegii

Renifer. Bardzo mało przydatny w biznesie, jeszcze mniej na drodze.
Renifer. Bardzo mało przydatny w biznesie, jeszcze mniej na drodze. www.fastforwardnorge.no
Kiedy trzy lata temu przeprowadziłem się za krąg polarny, sposób w jaki Norwegowie mówili o pieniądzach zaskakiwał mnie prawie tak samo, jak renifer w ogródku. Od kiedy jednak prowadzę własną firmę i zawodowo zajmuję się fotografią, zrozumiałem że wiele z tych osobliwości ma głębszy sens, szczególnie biznesowy. Mam na myśli pieniądze - renifery w biznesie przydają się bardzo rzadko.

Ciekawostka 1: Wszystkie zarobki wszystkich obywateli są dostępne w internecie, dla wszystkich



Pytanie "a ile zarabiasz?" w Polsce nie pada prawie nigdy. Przeszedłem przez kilka agencji reklamowych i w zasadzie jedyną kwotą, której byłem mniej więcej pewien, była wysokość mojej własnej wypłaty. Zakładałem, że Ci z "senior" na wizytówce zarabiali więcej, a Ci z "junior" mniej ode mnie, ale ile i dlaczego, pozostało zawsze tajemnicą. Norwegowie rozwiązali ten problem dokładnie odwrotnie, ale nie mniej radykalnie. "Ile zarabiasz" jest jednym z naturalnych pytań, które padają podczas rozmów dotyczących pracy między znajomymi. Wynika to prawdopodobnie z faktu, iż wysokość tych zarobków można w każdej chwili sprawdzić w internecie, nie ma ich więc sensu specjalnie ukrywać. Model ten ma zniechęcać do pracy na czarno i próby ukrywania dochodów. Jeśli sąsiad kupuje już trzeciego Mercedesa w tym roku, a jego zeznanie podatkowe mówi, że jest hydraulikiem na pół etatu, jest duża szansa, że nie zarobił na te samochody legalnie. Ale jeśli rzeczony sąsiad wie, że każdy na jego osiedlu może sprawdzić, iż nie stać go na trzy Mercedesy i nikt nie będzie się wahał zgłosić swoich wątpliwości odpowiednim organom, jest szansa, że zamiast zarabiać na czarno, zalegalizuje działalność, zapłaci podatek i zadowoli się dwoma BMW.

A jak to pomaga w biznesie? Bardzo. Ponieważ nie tylko dane obywateli, ale także firm (mówimy o odpowiednikach polskich Sp. z o.o. - tzw. ASach, stanowiących ponad 90% rynku) są powszechnie dostępne, sprawdzenie wiarygodności kontrahentów zajmuje mniej niż 30 sekund.

Tak wygląda przykładowa strona z informacjami dotyczącymi jednego z moich klientów - firmy Arctic Wind AS, nadzorującej najdalej na północ wysuniętą elektrownię wiatrową świata:

Jak widać firma ma roczne obroty na poziomie prawie 35 mln koron, można więc założyć że z płatnością za fakturę nie będzie większych problemów. Ujawnienie tych danych bardzo usprawnia pracę, ponieważ pozwala ominąć etap “ale ile to będzie kosztować?”, “a ile ma Pan na to pieniędzy?”, który w Polsce potrafi się ciągnąć tygodniami. W Norwegii (trochę z przymusu) wszyscy grają w otwarte kary, więc dużo szybciej przechodzi się do konkretów.
Przyznam, że krótko po przyjeździe do Norwegii, kiedy jeszcze pracowałem jako fotoreporter, porównywanie zarobków miedzy kolegami dziennikarzami wywoływało u mnie dużo zakłopotanie, teraz jednak wydaje się to całkowicie naturalne.

Upublicznienie płac powoduje dodatkowo, że pracownicy są dużo bardziej świadomi swojej wzajemnej sytuacji i żaden pracodawca nie zdecyduje się na nierówne płacenie ludziom z podobnymi kwalifikacjami, bo w efekcie już na pierwszym lunchu założą związek zawodowy i zabarykadują się w pomieszczeniu socjalnym.

Dodatkowo, tak jak w Polsce średnie stawki godzinowe dla większości branż są łatwo dostępne i powszechnie znane. W środowisku także się o tym otwarcie rozmawia - tak więc wiemy mniej więcej jak nasze wyceny wyglądają względem kolegów po fachu. Bardzo często zdarza się, że klienci sami sprawdzają czy zaproponowana im wycena jest rozsądna, czy wzięta z kapelusza. Fotograf zatrudniony na etacie zarabia od 180 koron na godzinę, freelancer z własną działalnością od 650 koron. Ktoś kto zażąda 2000 koron za prostą półgodzinną sesję, długo się w branży nie utrzyma. To pozwala skupić się na samej pracy i zaoszczędza masę czasu, który w Polsce często przypada na tworzenia “kreatywnych” wycen i próbę przekonania klienta, że “ale to naprawdę tyle kosztuje”. Dodatkowo nie zdarzają się klienci-naciągacze twierdzący, że “ale ten inny fotograf robi takie zdjęcia za 200 koron”, bo jeśli np. wiadomo, że średnia stawka dla branży wynosi 800 koron za reportażowe zdjęcie (do gazet o zasięgu regionalnym), byłoby to z jego strony wystawianiem się na pośmiewisko.

A pierwotna ekscytacja faktem, że tak łatwo mogę poznać zarobki sąsiada albo mojego szefa? Minęła po kilku tygodniach, kiedy się okazało, że przecież wystarczy ich spytać.

Trwa ładowanie komentarzy...